Bratanek Ikara: Wracam do Polski.
Wracam do Polski.
Wiem, że dowiadujecie się nagle. Niespodziewanie. To jednak nie jest taka sobie niepoważna decyzja, podjęta bez namysłu. Kiedy planowaliśmy mój wyjazd i szkolenie, naszym celem było spróbować. Wszystko z wyjątkiem jednego małego punktu na naszej liście wskazywało nam na powodzenie misji. Jeszcze w środę zdałem egzamin na 86%. Koniec szkoły naziemnej, podsumowanie całej drogi. Oto mój egzamin końcowy:
Najważniejsza jest dla mnie rodzina. Ważniejsza od pieniędzy, i na pewno ważniejsza niż jakakolwiek praca. Zresztą, czy jest jakaś taka praca, która przynosi więcej satysfakcji niż rodzina, dzieci? Myślałem, że ta praca to moje przeznaczenie. Uwierzyłem w nie, dałem z siebie wszystko. Nie żałuje. Dużo się o sobie dowiedziałem. Dowiedziałem się dużo o Ameryce do której nie czułem nigdy pociągu, dowiedziałem się o moich możliwościach, o moich celach, priorytetach. I to jest wiedza praktyczna. Jak najbardziej do wykorzystania. Dorota, Jarek, Bartek, Tosia, dom. To jest moja prawdziwa wygrana. Bez tego już dawno nie byłoby mnie na świecie. To jak wygrana w lotto. Jak myślicie co w takim wypadku, z taką wygraną należy zrobić?
Bratanek Ikara pozostanie na ziemi, będzie żył długo i szczęśliwie.
- Pierwsze co zrobiłem jeszcze w grudniu 2007 roku to badania medyczne. Są super, nadaję się.
- Zacząłem szkolenie w szkole Runway na Bemowie. Nauka dwa razy w miesiącu po 9 godzin. Tematy do opanowania, można się tego nauczyć. Po skończonej szkole nie było w Polsce samolotów, jeden na przeglądzie, drugi mocno obciążony, trzeci coś tam jeszcze, pogoda nie taka itd. itp. Ja coraz bardziej przekonuje się, że nie stoi nic na przeszkodzie z wyjątkiem czasu jaki będzie potrzebny na ukończenie szkolenia.
- Znalezione wyjście w postaci kursów w USA, których koszty sa znacznie mniejsze. Jedyna wątpliwość - rozłąka. Ale to tylko rok, może dwa lata.
- Liczymy i wychodzi, że to jest ta droga. Cały czas uważnie słuchamy rad znajomych, nasłuchujemy czy coś się nie kłóci z tym pomysłem. Wszystko z wyjątkiem jednego małego ale się zgadza. A co z tym małym ale? No skoro to tylko jedno i takie małe...
- Potem już tylko planowanie rozłąki, jak ustawić pracę, jak zrobić, żeby się nie pogubić. Planowanie technicznej rozłąki.
- Obliczenia, kredyty, udaje się. Wiza, samolot i nagle jestem już w USA.
- Pierwszy dzień - to jak w pierwszym dniu, trudno jest, zawsze tak jest. ok, dalej - do przodu.
- Mieszkanie, zakupy, odwiedzanie nowych miejsc, poznawanie ludzi, orientowanie się w tej nowej sytuacji. To zajmuje - do przodu.
- Pierwszy lot i... i nic. Nic? jak to - nic? No nic. Ok, niech będzie, że łatwizna. Unoszenie się w powietrzu to jak jazda na rowerze, tylko może trochę bardziej "bez trzymanki" - pamiętacie?
- Święta Bożego Narodzenia. Pierwszy raz oddzielnie - po 22 latach wspólnego spędzania Świąt. Ciężko, każdemu jest ciężko - wiadomo, święta bez rodziny. Jasne. To już któryś tam raz biorę się w garść. Zaczynam dochodzić do wprawy.
- Codzienna szkoła naziemna. Nauczanie, metodyka w USA jest na wysokim poziomie. Przyjemnie się tak uczyć. Nie mam czasu na nic. Zaangażowanie 99%. Ten jeden procent to codzienne rozmowy z Dorotą ponad godzinę dziennie. Z dziećmi rzadziej. Coraz rzadziej. Dzieci coraz starsze, to normalne, że coraz mniej ich będzie...
- Latanie, postępy, może nie tak szybkie, ale jednak skupienie na temacie, brak otoczenia, które zakłócałoby te naukę bardzo w tym pomaga. Egzaminy pisemne. Pierwszy na 98%, drugi na 92%. Pre - solo Written Exam zaliczony. Nie bez wysiłku, ale zaliczony, nie był oceniany, kolejny lot, kolejne egzaminy. Można powiedzieć, że pełną para do przodu, z małymi tylko momentami zastanowienia. Za każdy razem pytanie - co ty robisz, po co to, co będzie jak osiągniesz ten cel? Takie pytania po kilka razy dziennie. Stres przedegzaminowy.
- Przeładowanie. Nic już nie wchodzi do umysłu. To pewnie też normalne, trzeba odetchnąć, zaczerpnąć tlenu. Tym tlenem są cele. "Wyobraź sobie, jak witają cię dzieci na lotnisku kiedy już jesteś pilotem". Wyobrażam sobie i jakoś czegoś mi brakuje. Dzieci sa dumne z tego, że taty nie ma w domu po kilkanaście dni w miesiącu? Ze jak mają problem to tylko mama może pomóc bo taty nie ma, jest w Argentynie, albo w Rosji, wróci za tydzień. To właśnie to małe ale. To ten jedyny punkt tak skrzętnie pomijany w naszych kalkulacjach.
- Ja nie chcę, nie potrafię tak żyć. To, że nie chcę, to jeszcze mało ważne, mogę się zmusić, potrafię. Ale to, że nie potrafię. To jak życie bez powietrza, czego tu już wiele razy doświadczałem budząc się w nocy. Z celu - realizacja marzeń i celu finansowego zrobił się tylko cel finansowy. Utrata jeszcze kilku miesięcy bycia razem nabrała olbrzymiego znaczenia. Utrata kilkunastu dni codziennego życia w nowym zawodzie odebrała chęć do życia.
- Wiedza, która jeszcze musiałbym opanować olbrzymia, no i zdolność do nieomylności. Ostatni egzamin dał mi też do myślenia. Trzy pytania na które odpowiedzi byłem pewien były błędne. Nadal jestem pewien tych odpowiedzi. Nie wiem jak wy, ale ja nie chciałbym z takim pilotem wracać do Polski.
Najważniejsza jest dla mnie rodzina. Ważniejsza od pieniędzy, i na pewno ważniejsza niż jakakolwiek praca. Zresztą, czy jest jakaś taka praca, która przynosi więcej satysfakcji niż rodzina, dzieci? Myślałem, że ta praca to moje przeznaczenie. Uwierzyłem w nie, dałem z siebie wszystko. Nie żałuje. Dużo się o sobie dowiedziałem. Dowiedziałem się dużo o Ameryce do której nie czułem nigdy pociągu, dowiedziałem się o moich możliwościach, o moich celach, priorytetach. I to jest wiedza praktyczna. Jak najbardziej do wykorzystania. Dorota, Jarek, Bartek, Tosia, dom. To jest moja prawdziwa wygrana. Bez tego już dawno nie byłoby mnie na świecie. To jak wygrana w lotto. Jak myślicie co w takim wypadku, z taką wygraną należy zrobić?
Bratanek Ikara pozostanie na ziemi, będzie żył długo i szczęśliwie.


